Holenderskie słowa z lamusa, które aż proszą się o powrót
Język niderlandzki potrafi być zaskakująco soczysty. W starych słowach, które powoli wypadły z codziennego użycia, siedzi coś więcej niż tylko historia. Siedzi humor, charakter i ten mały językowy pieprz, którego często brakuje współczesnym, wygładzonym zdaniom. Bo po co mówić zwyczajnie „kłócić się o nic”, skoro można powiedzieć kissebissen? Po co mówić „dałem się oszukać”, skoro można zostać pięknie, po holendersku, besjoecheld? Oto kilka dawnych niderlandzkich słów, które spokojnie mogłyby wrócić do codziennego języka. Niektóre brzmią zabawnie, inne trochę teatralnie, a kilka nadaje się idealnie do opisania ludzi, których wszyscy znamy, tylko nie zawsze wiemy, jak ich nazwać.
Kissebissen, czyli kłótnia o nic
Kissebissen oznacza drobne sprzeczanie się, przekomarzanie albo kłótnię o zupełną błahostkę.

To słowo pasuje do sytuacji, gdy dwie osoby przez dziesięć minut dyskutują, kto miał wyjąć naczynia ze zmywarki, czy film zaczynamy teraz, czy po kawie, albo kto ostatni zostawił światło w łazience. Po polsku powiedzielibyśmy: „drobne sprzeczki”, „przepychanki słowne” albo „kłótnia o pierdoły”. Ale kissebissen brzmi łagodniej. Mniej wojna domowa, bardziej językowy ping-pong przy kuchennym stole.
Besjoechelen, czyli zostać nabitym w butelkę
Besjoechelen oznacza oszukać kogoś, naciągnąć, zrobić w konia.

Idealne słowo na czasy internetowych okazji, fałszywych sklepów, podróbek z Marktplaats i cudownych promocji, które kończą się tym, że człowiek siedzi przed paczką i myśli: „No pięknie, właśnie mnie zrobili”. Kiedy kupujesz „oryginalną” torbę, „prawie nowy” telefon albo „kolekcjonerską” rzecz, która po rozpakowaniu wygląda jak tani plastikowy dramat, możesz powiedzieć: „Ik ben besjoecheld”, czyli: „Zostałem oszukany”. Słowo stare, ale problem bardzo współczesny.
Achenebbisj, czyli biednie, smutno i trochę żałośnie
Achenebbisj to słowo o żydowsko-amsterdamskim rodowodzie. Używa się go, gdy coś wygląda biednie, marnie, smutno albo niechlujnie.

Może to być zaniedbany lokal, smutna wystawa sklepowa, byle jaki talerz w restauracji albo mieszkanie, w którym wszystko wygląda, jakby życie wyszło na chwilę i zapomniało wrócić. Po polsku powiedzielibyśmy: „mizernie”, „żałośnie”, „biednie”, „smętnie”. Ale achenebbisj ma w sobie więcej charakteru. To nie jest tylko opis. To westchnienie z Amsterdamu, zamknięte w jednym słowie.
Geldgier, czyli człowiek z portfelem przyspawanym do ręki
Geldgier to osoba bardzo skąpa albo chciwa. Dosłownie można to rozumieć jako kogoś ogarniętego żądzą pieniędzy.

To ten typ, który po wspólnym wieczorze wysyła Tikkie na 2,15 euro. Albo ten, kto przy każdej składce nagle „nie ma drobnych”, ale przy podziale rachunku liczy oliwkę na pizzy z dokładnością księgowego po trzech kawach. Po polsku mamy „sknera”, „dusigrosz”, „chciwiec”. Holenderskie geldgier brzmi jednak mocniej. To już nie jest zwykłe oszczędzanie. To sport ekstremalny uprawiany na cudzych nerwach.
Palaveren, czyli gadać, gadać i nic nie ustalić
Palaveren oznacza długo rozmawiać, naradzać się, mielić temat bez końca i bez konkretnego efektu.

To słowo powinno być obowiązkowe w każdej grupie WhatsApp. Zwłaszcza wtedy, gdy osiem osób przez trzy dni ustala datę spotkania, każdy proponuje coś innego, nikt nie podejmuje decyzji, a na końcu i tak wszystko zostaje przełożone. Po polsku: „ględzić”, „wałkować temat”, „przegadywać sprawę”. Ale palaveren brzmi bardziej elegancko. Jak zebranie, które miało trwać 15 minut, a po godzinie nadal jesteśmy przy punkcie pierwszym.
Gladbek, czyli młody pewniak bez zarostu
Gladbek to młody chłopak, który jeszcze nie dorobił się porządnego zarostu, ale już ma przekonanie, że zna odpowiedź na wszystko.

Słowo trochę złośliwe, ale z przymrużeniem oka. Pasuje do młodego eksperta od życia, który po obejrzeniu trzech filmów w internecie tłumaczy starszym, jak działa świat, praca, gospodarka i pewnie jeszcze piekarnik. Po polsku można powiedzieć „młokos” albo „młody przemądrzalec”, ale gladbek ma w sobie piękną obrazowość. Gładka twarz, wielka pewność siebie.
Slabakken, czyli ślimaczyć się bez końca
Slabakken oznacza ociągać się, guzdrać, nie zabierać się do roboty.

To słowo przyda się każdemu, kto czeka przy drzwiach w kurtce, a druga osoba nadal szuka kluczy, telefonu, portfela, okularów i sensu życia. „Zit niet zo te slabakken”, czyli: „Nie ślimacz się tak”. Brzmi lepiej niż nerwowe wzdychanie. Choć oczywiście wzdychanie też ma w Holandii bogatą tradycję, zwłaszcza w kolejkach.
Huisduif, czyli domowy gołąb
Huisduif to dosłownie „domowy gołąb”. Można tym słowem określić osobę, która najchętniej zostaje w domu.

Po polsku mamy „domator” albo „kanapowiec”. Holenderskie huisduif jest jednak urocze. To ktoś, kto w weekend nie czuje potrzeby zdobywania świata. Wystarczy mu kanapa, kawa, pilot, dres i święty spokój. Nie każdy musi być podróżnikiem, zdobywcą i królem sobotnich atrakcji. Czasem człowiek po prostu chce być huisduifem. I bardzo dobrze.
Kinderbewaarplaats, czyli przechowalnia dzieci
Kinderbewaarplaats brzmi dziś trochę brutalnie, ale też komicznie. Dosłownie: „miejsce przechowywania dzieci”. Dawniej używano tego typu określeń wobec miejsc opieki nad małymi dziećmi.

Dziś powiedzielibyśmy: przedszkole, żłobek, albo „placówka opieki”. Ale po ciężkim poranku, gdy dziecko nie chce założyć butów, kurtki, czapki, a na końcu jeszcze postanawia negocjować z rzeczywistością, słowo kinderbewaarplaats nabiera pewnego dramatycznego uroku. „Dzieci bezpiecznie odstawione do przechowalni. Teraz kawa”.
Jammermoedig i treurgeestig, czyli smutek z klasą
Jammermoedig oznacza smutny, żałosny, przygnębiony, trochę biedny emocjonalnie. Treurgeestig to z kolei melancholijny, posępny, ciężki na duchu. Współcześnie często mówimy po prostu: „mam doła”. Ale stare słowa mają w sobie więcej odcieni.

Jammermoedig brzmi miękko, niemal współczująco. Treurgeestig brzmi już bardziej jak ktoś, kto siedzi przy oknie, patrzy na deszcz i układa w głowie smutny poemat o niesprawiedliwości świata. Jedno i drugie czasem się przydaje. Zwłaszcza w listopadzie.
Natgierig, czyli spragniony czegoś mocniejszego
Natgierig oznacza mieć wielką ochotę na napój, najczęściej alkoholowy.

To słowo idealne na piątkowe popołudnie, kiedy lista zadań została odhaczona, tydzień przeżyty, a człowiek patrzy w stronę lodówki z pewnym filozoficznym napięciem. Po polsku można powiedzieć: „mam ochotę na drinka”, „chce mi się piwa”, „napiłbym się”. Ale natgierig brzmi tak, jakby pragnienie miało własny kapelusz i już siedziało przy barze.
Koketteren, czyli kokietować i przyciągać uwagę
Koketteren oznacza kokietować, puszyć się, zwracać na siebie uwagę, trochę flirtować z otoczeniem.

To słowo nadal da się spotkać, ale nie jest tak codzienne jak kiedyś. A szkoda, bo świetnie opisuje ludzi, którzy niby nic nie robią, ale jednak wszystko ustawiają tak, żeby zostali zauważeni. Nowa fryzura, specjalnie dobrane zdjęcie, teatralne wejście, komentarz rzucony niby mimochodem. To wszystko może być małe koketteren.
Pantoffelregiment, czyli dom pod dowództwem kapci
Pantoffelregiment to zabawne określenie domu, w którym żona albo partnerka wyraźnie rządzi, a mężczyzna grzecznie się podporządkowuje.

Dosłownie mamy tu „reżim pantoflowy” albo „pułk kapciowy”. Po polsku najbliżej byłoby: „jest pod pantoflem”. Słowo jest stare i oczywiście trzeba używać go ostrożnie, bo czasy się zmieniły, relacje też. Ale jako językowy zabytek ma swój komediowy ciężar. Człowiek od razu widzi salon, kapcie, herbatę i męża, który pyta: „Kochanie, czy ja mogę mieć własne zdanie?”
Saffiaantje albo saffie, czyli papierosek
Saffiaantje albo krócej saffie oznacza papierosa.

Dziś pali się mniej, a przynajmniej mniej publicznie niż kiedyś. Ale słowo zostało jako mały dymek nostalgii z czasów, gdy papieros na balkonie, przy kawie albo przed lokalem był częścią codziennego obrazka. Po polsku: „fajka”, „papierosek”, „dymek”. Po niderlandzku: saffie. Nie namawiamy, tylko odkurzamy słownik.
Vuilbaard, czyli typ spod ciemnej chmury
Vuilbaard oznacza dosłownie „brudną brodę”. Używa się go wobec mężczyzny, który wygląda podejrzanie, niechlujnie albo po prostu nie wzbudza zaufania.

To nie jest słowo eleganckie, ale bardzo obrazowe. Pasuje do kogoś, kto za długo patrzy, za blisko stoi, za dziwnie pisze w wiadomościach prywatnych albo w barze daje sygnał, że lepiej przesunąć się o dwa stołki dalej. Po polsku: „oblech”, „typ spod ciemnej gwiazdy”, „podejrzany gość”. Holenderskie vuilbaard ma jednak tę przewagę, że od razu maluje portret.
Zuurmuil, czyli kwaśna mina na dwóch nogach
Zuurmuil to osoba opryskliwa, nieprzyjemna, z wiecznie kwaśnym wyrazem twarzy.

Dosłownie: „kwaśna gęba”. Piękne, proste i bardzo użyteczne. Każdy zna jakiegoś zuurmuila. W sklepie, w urzędzie, w pracy, czasem nawet w rodzinie. To ktoś, kto wygląda, jakby życie podało mu cytrynę bez cukru i jeszcze kazało za nią zapłacić. Po polsku mamy „gbur”, „maruda”, „zrzęda”. Ale zuurmuil brzmi wyjątkowo celnie.
Dlaczego stare słowa znikają?
Język cały czas się zmienia. Nie stoi w muzealnej gablocie. Żyje, chodzi do pracy, scrolluje telefon, płaci Tikkie, ogląda seriale i zamawia jedzenie przez aplikację.

Jedne słowa znikają, bo świat, który opisywały, odszedł. Inne przegrywają z krótszymi albo modniejszymi wersjami. Jeszcze inne są wypychane przez angielski, technologię i język internetu. Kiedyś „automobiel” stał się po prostu „auto”. Dziś mamy appen, streamen, downloaden, czyli pisać przez aplikację, oglądać strumieniowo i pobierać pliki. Język wybiera wygodę. Czasem elegancję wyrzuca za burtę, bo krótsze słowo szybciej mieści się w palcu na ekranie telefonu. Ale to nie znaczy, że stare słowa są bezużyteczne. Wręcz przeciwnie. One często opisują świat z większą fantazją niż nowoczesne, płaskie zamienniki.
Może warto je przywrócić?
Nie trzeba od razu mówić całymi zdaniami jak dziadek z przedwojennej gazety. Wystarczy czasem wrzucić jedno stare słowo do rozmowy. Stare słowa są jak przyprawy z głębi szafki. Może nie używa się ich codziennie, ale kiedy już trafią do zdania, nagle robi się ciekawiej.

A skoro mieszkamy w Holandii, pracujemy tu, robimy zakupy, płacimy rachunki, odbieramy paczki, stoimy w kolejkach i próbujemy zrozumieć urzędowe listy, to warto czasem zajrzeć nie tylko do współczesnego niderlandzkiego, ale też do jego językowego strychu. Bo tam, między kurzem a historią, leżą słowa, które nadal potrafią ugryźć, rozbawić i idealnie trafić w punkt.
(wnl)